Protekcjonizm a wolny handel

Wolny handel czy protekcjonizm? Wybór nie jest oczywisty, a wiele zależy od stopnia rozwoju danego państwa oraz celów jego aktualnych władz. Obie koncepcje mają swoje zalety, ale trzeba się liczyć z negatywnymi konsekwencjami. Co dobre w teorii, niekoniecznie sprawdza się w praktyce.

Konflikt pomiędzy koncepcjami wolnego handlu i protekcjonizmu przeżywa co jakiś czas fazy ożywienia, z których najnowszą możemy zaobserwować obecnie, gdy po wieloletniej dominacji idei znoszenia barier handlowych stopniowo do łask wracają pomysły nakładania ceł czy limitów. Samo zjawisko jest elementem szerszego, „odwiecznego” sporu z cyklu: wolny rynek kontra interwencje i regulacje. Odpowiedź na pytanie co wybrać jest w znacznej mierze subiektywna i często zależy od sytuacji danego państwa oraz preferencji jego aktualnej władzy. Poniżej zostaną pokrótce omówione wady i zalety obu koncepcji, przy czym w znacznym stopniu są one wobec siebie symetryczne – wady jednej prowadzą do wyboru drugiej i na odwrót.

Wolny handel w teorii – podział ról, na którym korzysta każdy

Swobodny, nieograniczony regulacjami handel międzynarodowy powinien według klasycznej teorii ekonomii zapewniać optymalną produkcję i maksymalną możliwą zamożność wszystkim uczestnikom – może nie od razu, ale w dającej się przewidzieć perspektywie. Wynika to m.in. z kilku poniższych założeń: po pierwsze, streszczając myśli Adama Smitha i Davida Ricardo (czyli „ojców-założycieli” ekonomii klasycznej), państwa powinny specjalizować się w produkcji takich dóbr (i usług), które wytwarzają z największą wydajnością (a dzięki korzyściom skali – po najniższych kosztach), a potem wymieniać ich nadwyżki na pozostałe, brakujące dobra (i usługi) wytwarzane na tej samej zasadzie przez inne państwa. W ten sposób każdy kraj w wyniku handlu uzyskuje to, czego potrzebuje, w największych możliwych ilościach (większych, niż gdyby próbowano w sposób samowystarczalny produkować w kraju każde potrzebne dobro), a z globalnego punktu widzenia osiągana jest maksymalna możliwa produkcja i zamożność. Przykładowo szwajcarskie firmy farmaceutyczne nie byłyby w stanie osiągnąć odpowiednich korzyści skali produkując tylko dla krajowego rynku zbytu.

Po drugie, niezależnie od tego, gdzie czy w ilu miejscach jest wytwarzane dane dobro, nieograniczona konkurencja wśród producentów powinna zapewnić jego możliwie najniższą cenę dla wszystkich , a rozwijane w danym miejscu technologie i usprawnienia tak czy inaczej powinny w końcu rozprzestrzenić się na całą światową gospodarkę, zatem jeden kraj nic straci na tym, że potrzebne mu dobra produkowane są za granicą.

Po trzecie, zgodnie z koncepcją konwergencji, słabiej rozwinięte państwa mają szansę szybko dogonić lepiej rozwinięte. Dzięki taniej sile roboczej oraz słabej walucie słabiej rozwinięte kraje powinny uzyskać przewagę konkurencyjną i wkroczyć w okres dynamicznego eksportu dóbr, chętnie kupowanych za granicą jako tańsze. To z kolei może poprawić tempo rozwoju i poziom życia w zacofanych krajach-eksporterach, które wraz z napływem środków stopniowo dogonią pozostałe.

Wolny handel w praktyce – korzysta nie każdy i nie zawsze

W rzeczywistości nie wszystko przebiega tak pomyślnie, jak sugerowałyby powyższe rozważania – paradoksalnie jedną z przeszkód są właśnie te same korzyści skali, które wspierają rozwój handlu międzynarodowego. Otóż nowo powstałe przedsiębiorstwa, szczególnie w państwach rozwijających się, muszą sprostać konkurencji już istniejących rynkowych „gigantów”, którzy dzięki masowej produkcji ponoszą niższe koszty jednostkowe i mogą sobie pozwolić na sprzedaż po niższych cenach. Lokalni konkurenci nie mogą „rozwinąć skrzydeł”, ponieważ przy mniejszej skali produkcji ich koszty są wyższe, a podyktowane konkurencją ceny sprzedaży nie są w stanie ich pokryć, więc nie mogą oni powiększyć swojego udziału w rynku do odpowiedniego poziomu. Powstaje błędne koło: bez większego udziału w rynku nie można obniżyć cen dzięki korzyściom skali, a bez niższych cen nie można powiększyć udziału w rynku.

Ponadto, z punktu widzenia danego państwa, przypadająca mu rola producenta konkretnych dóbr w ramach „podziału zadań” w światowej gospodarce może nie sprzyjać jego własnym interesom. Przykładowo zredukowanie jakiegoś kraju do roli eksportera żywności czy surowców hamuje jednak jego rozwój – nowoczesne produkty są sprowadzane z zewnątrz, co blokuje rozwój krajowego przemysłu, a mało efektywne rolnictwo czy górnictwo nie jest w stanie zapewnić odpowiedniego wzrostu płac i poziomu życia. Dodatkowo z posiadania pewnych sektorów gospodarki nie da się w praktyce zupełnie zrezygnować na rzecz importu, a przemawiają za tym chociażby względy bezpieczeństwa – zbytnie uzależnienie od innego państwa w zakresie np. żywności czy energetyki zwiększa wrażliwość na szantaż ekonomiczny w przypadku pogorszenia stosunków.

Należy jeszcze zauważyć, że globalne dążenie do wytwarzania po najniższych możliwych kosztach może prowadzić do szeregu negatywnych zjawisk. W niektórych państwach tania produkcja wiąże się z naruszeniem rozmaitych norm etycznych (np. zatrudnianie dzieci), społecznych (np. praca za „głodową” stawkę) czy środowiskowych (np. nadmierna emisja zanieczyszczeń). Z szerszej perspektywy taki model produkcji, choć może optymalny pod względem cenowym, nie jest pożądany.

Protekcjonizm w teorii – rozwiązanie problemu i wyrównanie szans

Wiele państw rozwiniętych, które obecnie w pełni przemawiają za swobodą w handlu międzynarodowym, posiada „wstydliwą przeszłość” protekcjonistyczną – i nie bez powodu. Zanim takie kraje jak USA, Wielka Brytania czy Niemcy stały się gospodarczymi potęgami, ich przemysł musiał „dojrzeć”, stąd w początkowej fazie uprzemysłowienia popularne było (i nadal jest, patrząc na bardziej współczesne strategie rozwoju „azjatyckich tygrysów”, w tym również Chin) stosowanie tzw. protekcjonizmu „wychowawczego”, czyli m.in. ograniczeń importu mających sprawić, że krajowy przemysł  rozwinie się bez nadmiernego zagrożenia ze strony zagranicznej konkurencji i osiągnie samodzielność oraz zdolność produkcji na eksport. Gdy tak się już stanie, wtedy państwo może teoretycznie znieść bariery i dołączyć do zwolenników wolnego handlu, ale już jako „myśliwy”, a nie „ofiara”.

Prowadząc strategię protekcjonistyczną rząd może również do pewnego stopnia kształtować strukturę gospodarki oraz handlu zagranicznego. Jeśli pewne gałęzie przemysłu krajowego uznawane są za kluczowe, uzyskują preferencyjne warunki, a ich zagraniczni konkurenci z branży napotykają cła, limity, surowe regulacje itp. Podobnie w przypadku towarów niepożądanych lub wyprodukowanych z naruszeniem norm (jak wspomniano wcześniej) ich import może zostać drastycznie ograniczony przy użyciu odpowiednich narzędzi protekcjonistycznych.

Państwowe subwencje czy subsydia, częściowo finansowane np. dzięki wpływom z ceł czy koncesji, mogą także służyć do zapobiegania problemom wysokiego bezrobocia czy niskich płac, poprawiając sytuację pracowników i przedsiębiorstw. Krótko mówiąc, w teorii protekcjonizm wyrównuje szanse słabszych i mniej rozwiniętych oraz chroni to, co najważniejsze w krajowej gospodarce. „Nie taki diabeł straszny, jak go malują” – ale dlaczego w takim razie większość państw rozwiniętych po pewnym czasie z niego rezygnuje?

Protekcjonizm w praktyce – „wylanie dziecka z kąpielą”?

Z protekcjonizmem jest trochę jak z lekarstwem – stosowany w nieodpowiedniej dawce i przez zbyt długi czas może stać się trucizną dla gospodarki. Oczywiście w krótszej perspektywie ochrona przemysłu i stworzenie podstaw do rozwoju gospodarczego stanowią cenną korzyść, ale przychodzi czas, kiedy przedsiębiorstwa muszą się usamodzielnić i zacząć konkurować w światowej gospodarce już bez pomocy – tymczasem często uzależnienie od państwowej „kroplówki” okazuje się trwałe. Ponadto, brak zagrożenia ze strony zagranicznej konkurencji prowadzi do utraty efektywności i innowacyjności w gospodarce, w której firmy są stale pod ochroną i groźba utraty zysków nie motywuje ich do wzrostu wydajności.

Pogorszenie wydajności produkcji ma negatywne przełożenie na warunki w całej gospodarce – przede wszystkim rosną ceny, również w wyniku zawyżania płac (będących częścią kosztów produkcji). Na skutek ograniczeń importu spada także dostępność niektórych towarów zagranicznych. Długotrwałe stosowanie polityki protekcjonistycznej sprzyja z czasem rozwojowi korupcji oraz prowadzi do powstawania monopoli mających dominującą pozycję w danym sektorze na szkodę konsumentów. Obniża się tempo wzrostu gospodarczego oraz spada poziom życia obywateli.

Na zakończenie należy pamiętać o jeszcze jednym zagrożeniu – akcja rodzi reakcję. Protekcjonizm w znacznej mierze przynosi korzyści kosztem innych państw. Przecież wspieranie krajowych eksporterów i ograniczanie importu przez jeden kraj oznacza w praktyce, że jego partnerzy handlowi tracą wpływy z eksportu i sami są zagrożeni rosnącym importem. Przykład niedawnych działań ze strony USA i odpowiedzi ze strony m.in. Chin pokazuje, iż polityka protekcjonistyczna rzadko spotyka się z tolerancją lub brakiem reakcji. Eskalacja działań może prowadzić do wojny handlowej (a w skrajnych sytuacjach do faktycznego konfliktu zbrojnego), która przynosi straty wszystkim uczestnikom.

Be the first to comment on "Protekcjonizm a wolny handel"

Dodaj komentarz

    Visit Us On FacebookCheck Our Feed